8 października 2017

Miesięczne zagraniczne praktyki w Portugalii


Długa przerwa, oj długa! Po miesiącu wracam do Was z mnóstwem nowych doświadczeń. Dzisiaj o moim wyjeździe na zagraniczne praktyki do Portugalii. Obiecałam, więc zapraszam na relację, mnóstwo zdjęć, wiele moich przeżyć, spostrzeżeń, przemyśleń, poznanych ludzi i na wszystko to, co aktualnie przychodzi mi do głowy po tym miesiącu spędzonym w całkowicie innym kraju, 2,5 tysiąca km od domu, który z pewnością mogę uznać za przygodę i lekcję życia. Wpis dla cierpliwych, jak zwykle się rozpisałam ;). Wiele fragmentów tego tekstu pisałam już w samej Portugalii, czasem pod wpływem emocji, czasem od razu po pracy, po wycieczkę, po danym zdarzeniu, a czasem na spokojnie wieczorem w łóżku, tak by żadna nawet najdrobniejsza rzecz, która mnie spotkała w pięknej Portugalii, nie została zapomniana- ten post piszę na pamiątkę tak, by za kilka lat wrócić i powspominać!!


PODRÓŻ

Zacznę od samej podróży do Portugalii, która przebiegła bez żadnych komplikacji. Z samego rana wyjechaliśmy busikiem do Warszawy na lotnisko Chopina. Będąc na lotnisku, bardzo chciałam zajrzeć do Airport Hotel Okęcie, a w szczególności do cukierni "Czekolada Cafe", gdzie w styczniu odbyłam tygodniowe praktyki, lecz z braku czasu, zamieszania i troszkę też odległości między lotniskiem a cukiernią nie udało mi się udać w odwiedziny. Nadrobię to przy najbliższej okazji ;)...


Z minimalnym opóźnieniem wylecieliśmy samolotem lini TAP Portugal. Lot trwał niecałe 4 godziny. Na pokładzie dostaliśmy posiłek (patrz zdjęcie poniżej). Makaron ze szpinakiem i grzybami, do tego sałatka z pomidorkami koktajlowymi, serem, szynką, bułeczka, masełko, sos winegret i deser- ciasto z porzeczkami na biszkopcie. Oprócz tego kawa, herbata, wino, sok- wszystko, co dusza zapragnęła! Nawet poduszki do spania ;). Załoga samolotu przemiła! Zdecydowanie moja najprzyjemniejsza, a jednocześnie najdłuższa podróż samolotem.



APARTAMENT

Po przylocie ponownie mini busem udaliśmy się z lotniska w Lizbonie do Montijo- miejscowości gdzie mieliśmy zamieszkać. Apartament znajdował się na 4 piętrze. Dla mnie- dla osoby która normalnie mieszka na parterze, wchodzenie przez cały miesiąc po tych schodach hmmm... musiałam się przyzwyczaić :P. Mieszkanie mieliśmy duże piętrowe- dla 9 osób: kilka pokoi, kuchnia, 3 łazienki, pokój tzw. "living room", gdzie wspólnie spędzaliśmy wieczory. Oprócz tego dwa balkony, telewizor, pralka, żelazko, wi-fi, czajnik i wiele innych przydatnych sprzętów- jednym słowem jak w domu! I tak właśnie się czułam przez te kilka tygodni.




PRACA- PRAKTYKI

Głównym założeniem w Portugalii były praktyki- miesięczna praca. Pracowaliśmy w restauracjach, hotelach, biurach podróży i przychodniach na terenie Lizbony oraz Montijo.

Kilka dni przed wylotem poznaliśmy swoje miejsca pracy. Początkowo miałam pracować w Clube de Jornalistas- restauracji rekomendowanej, znanej i przez niektórych uważanej za najlepszą w Lizbonie! Niestety po przyjeździe do Portugalii ze względów bezpieczeństwa, godzin pracy i dojazdu do Lizbony z przesiadkami (prom+busy) musiałam zmienić miejsce pracy. Nie powiem, byłam troszkę zawiedziona, ale dalej zmotywowana. W ostateczności trafiłam do Marradas- restauracji w Montijo, 10-15 minut od apartamentu.


MARRADAS

Jak wyglądała praca w Marradas? Może zacznę od samego miejsca.. restauracja bardzo klimatyczna, piękne wnętrze, nieduża kuchnia, dominuje kolor czarny i czerwony.



Każdego dnia (z podkreśleniem słowa KAŻDEGO) dzień rozpoczynaliśmy od mocnego espresso na świeżym powietrzu przed restauracją (2-3 minutki i z powrotem do pracy). Teraz pomyślcie sobie, ile w ciągu tego miesiąca wypiłam kaw... zaczynam odwyk od teraz ;) !!!


Espresso było zawsze koło godziny 10.30, czyli wtedy kiedy zaczynałam pracę. O 12.00 zawsze dostawaliśmy tzw. drugie śniadanie, na które składało się pieczywo w postaci obłędnych podłużnych bułek z nasiona lub bez, ale obowiązkowo wysmarowanych masłem. Do tego znów kawa lub mleko, sok, jakiś jogurt- co kto chciał. Ja wiem, że brzmi to może prosto i mało interesująco, ale uwierzcie mi, że cały ten ich poranno-popołudniowy rytuał, który dzień w dzień jest zawsze taki sam, jest po prostu niezwykły! Te bułki do teraz chodzą mi po głowie i już za nimi tęsknię! Kurcze, to masełko topiące się w tej jeszcze ciepłej bułce ahhh...


Po pracy, czyli po godzinie 15.00 zawsze zasiadałam do stołu jako gość, a nie jako pracownik i otrzymywałam lunch. Najczęściej był to ryż, duża ilość zielonej sałaty, marchewki i pomidorków oraz jakieś mięsko bądź ryba. Do obiadu obowiązkowo kawałki świeżego chleba z chrupiącą skórką. Do wyboru kilka rodzajów oliwy. Często jadłam również zupę krem, była przepyszna!! 



Po pierwszej zmianie szłam do domu, odpoczywałam i na 18.30 ponownie pracowałam i ponownie po pracy miałam posiłek- kolację.

Moje godziny pracy wyglądały następująco: 10.30-15.00 i 18.30-22.00, a po dwóch tygodniach kończyłam o 21.30.

W sumie 7,5-8 h pracy przez 5 dni w tygodniu. Ktoś powie, że mało, ktoś, że wręcz odwrotnie. A co ja o tym sądzę? Teraz już po przyjeździe do Polski uważam ten czas za lekcje życia! Już nie raz pracowałam po 8 h, ale w Portugalii wyglądało to zupełnie inaczej...

Przez pierwsze dwa tygodnie moja praca koncentrowała się na zmywaku. Tak, dokładnie... czasem nawet i po 6-7 h z 8 godzin w pracy. Ile razy chciałam w połowie wyjść? Kurcze nawet nie pamiętam ;). Czasem się śmieje, że Bóg ukarał mnie za to, że często nie zmywam po sobie w domu ;). W Marradas sprowadzono mnie na ziemię, pokazano hierarchię- kolejność, jaka obowiązuje. To tak jak w życiu- zawsze zaczynamy od rzeczy najmniej przyjemnych i małymi kroczkami idziemy do przodu, robiąc to coraz ciekawsze rzeczy. I tak było również w tym przypadku. Z dnia na dzień wykonywałam coraz więcej czynności. Przygotowywanie sałatek, wydawanie dań, krojenie i obieranie warzyw, owoców... ale najbardziej cieszyłam się, gdy mogłam robić desery!! Utwierdzono mnie w przekonaniu, że największą radochę czerpię właśnie z tego i że w tym kierunku chcę podążać! Wszystkie desery, które nauczyłam się tam robić, na pewno pojawią się na blogu wraz z przepisami- dajcie mi tylko troszkę czasu, by doprowadzić wszystko do ładu.



W pracy kilkukrotnie odwiedzili mnie koledzy z praktyk, przychodząc na kolację. Zobaczcie te porcje na talerzach!



BARIERA JĘZYKOWA

Dodam, że jeszcze nigdy nie natrudziłam się tak jak w Marradas, by otrzymać przepis :). Problem polegał na tym, że pracownicy mówili tylko po portugalsku (z wyjątkiem Celi-kelnerki i szefa restauracji, którzy tak jak ja operują językiem angielskim na poziomie komunikatywnym). Teraz wyobraźcie sobie, jak stawałam na głowie, by dowiedzieć się, co w danym momencie dodali do kremu, do zupy czy w jakich proporcjach. I tak przez cały miesiąc- oni do mnie po portugalsku, a ja niezłomnie po angielsku. Nie poddawałam się tak łatwo, bardzo szybko znaleźliśmy wspólny "język". Ja uczyłam się portugalskich słówek, a oni polskich. Śmiałam się później przez pół "szychty", oni tak pięknie wymawiali "ziemniak" albo "garnek" ;). Choć "chrząszcz brzmi w trzcinie" nie miał sobie równych! Śmieje się teraz, że rozumieliśmy się bez słów- dosłownie i w przenośni. Jak się zapewne domyślacie, tłumacz polsko-portugalski zawsze był pod ręką.

Już od pierwszego dnia w pracy z Justyny wcieliłam się w Tinę- to imię było im łatwiej wypowiedzieć. Zatem nic dziwnego, że na swojej butelce z wodą podpisywałam się właśnie tak. Często do "Tiny" dodawali Tarner, a wtedy to i nawet popularna byłam ;).


Atmosfera w pracy była niesamowita! Wszyscy w Marradas tworzą jedną wielką rodzinę! Szef dba o swoich pracowników, a pracownicy wykonują swoją pracę na tip-top! Poznałam tutaj garstkę WSPANIAŁYCH ludzi! Micael, Luziene, Celia, Lina, Fred, Joao, Rosalina, Inés, Flory, Didi, szef kuchni i restauracji! Mogłabym tak wymieniać bez końca! 




Portugalczyków zapamiętam jako ludzi bardzo uprzejmych, ciepłych, z temperamentem, którzy zawsze mają czas, mało kiedy są punktualni, nigdzie im się nie śpieszą... to można było zauważyć na każdym kroku. Nie raz czekaliśmy 20, 30, a nawet i 40 minut. U nich to norma ;). Normą jest również podawanie przystawek na stół w restauracji- chleba, oliwek, masła, sera, oliwy itp. za które po zjedzeniu zamówionego posiłku trzeba oczywiście zapłacić i to nie mało- to tak na przestrogę. Nawiązując przy okazji do pieniążków, zostawiłam w Marradas coś polskiego- polską monetę, polskiego orzełka, który dołączył do kolekcji ;).




WEEKENDY- ZWIEDZANIE PEŁNĄ PARĄ!


Weekendy były czasem, kiedy mogłam rozwinąć skrzydła ;). Był to czas zwiedzania i poznawania Portugalii i jej najpiękniejszych miejsc. Co zwiedziliśmy? M.in.

 >>> zapierającą dech w piersiach plażę w Setúbal <<<


>>> centrum handlowe Colombo z Primarkiem <<<


>>> klasztor Hieronimitów w Belém <<<


>>> Pomnik Odkrywców w Belém <<<


>>> Oceanarium w Lizbonie <<<

>>> Cabo da Roca <<<
 "koniec Europy"- najdalej wysunięty na zachód punkt Europy

>>> przepiękne wybrzeże Cascais <<<


>>> łuk triumfalny, czyli Arco Rua Augusta <<<


>>> Muzeum Calouste Gulbenkiana <<<


Oprócz tego przejażdżka lizbońskim tramwajem, metrem, degustacja jadalnych kasztanów i słynnych Pastéis de nata.


~CIESZMY SIĘ NAWET Z NAJDROBNIEJSZYCH RZECZY~


Byłam zachwycona małymi kawiarenkami, gdzie można było wypić kawę, zjeść ciacho, bułeczkę, ogólnie śniadanie. Było ich mnóstwo! Wszędzie gdzie się nie poszło, widniał napis "Pastelaria"!



Gdziekolwiek się nie poruszałam, starałam się chodzić takimi uliczkami, gdzie "coś się dzieje"- gdzie są moje urocze palmy, kwiaty i ocean! Zawsze w takich miejscach zatrzymywałam się na chwilę i podziwiałam, robiła zdjęcia, cieszyłam się, ile wlezie! ;)


A poniżej coś z niczego na jednym z domów w Montijo, koło czego codziennie przechodziłam, idąc do pracy. Robi wrażenie! 


W ostatni wieczór w Portugalii załoga z pracy zabrała mnie do portugalskiego kina. To była dopiero przygoda, tym bardziej że wybraliśmy się na horror :). 


Poniżej pamiątkowa koszulka z podpisami, która wisi teraz nad moim łóżkiem w pokoju :).


To tylko garstka tego, co zobaczyłam, czego doświadczyłam i kogo poznałam w Portugalii. Niestety niektórych przeżyć, nie da się opisać słowami. Ta pogoda, te widoki, już tęsknię!

Chciałabym w tym miejscu bardzo serdecznie podziękować wszystkim osóbkom pracującym w Marradas! Za to, że postawiliście mnie do pionu, za to, że codziennie inspirowaliście, żywiliście i po prostu, że mogłam Was poznać. 

A Was- wszystkich czytelników gorąco zachęcam do odwiedzenia Portugalii, Lizbony i oczywiście restauracji Marradas!

Żyję jeszcze tamtym światem, ale z uśmiechem na ustach, z kolejnym doświadczeniem i przygodą wracam do rzeczywistości- do szkoły, blogowania, treningów, do codziennego życia. 

Ściskam <3
Justyna

2 komentarze:

  1. Justynko, widzę, że było pięknie :). Wspomnienia są zawsze bezcenne :). I te znajomości, które zostają w sercu. Miłego powrotu do Twojej rzeczywistości :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, to wygląda na podróż życia :D Piękne zdjęcia i miło czytać, że jesteś zadowolona :) Życzę dalszych podróży i nowych doświadczeń! <3

    OdpowiedzUsuń